Płacz, smutek, żal... Gorzki smak porażki..

Tak naprawdę nie wiem od czego zacząć; długo zbierałam się za napisanie tego wpisu. W sumie nic nowego nie mam do powiedzenia, ale niektóre zdarzenia sprzed kilku lat, dzisiaj znów ujrzały światło dzienne i odnowiły powstałe wtedy rany w sercu...
Ale do rzeczy; zmieniliśmy lekarza na innego ( na naszej niepłodnościowej drodze był to chyba 8, czy 9 lekarz); byłam na wizycie i wtedy to został mi odebrany najmniejszy cień nadziei, została ona ze mnie wyssana tak,żeby nie pozostawiać żadnych złudzeń... I tak się obecnie czuję; lekarz rzeczowy, sympatyczny,miły itd. co mnie zaskoczyło to to,że nie pozwolił mężowi wejść ze mną  do gabinetu, kiedy zapytałam go o tą możliwość i zaznaczyłam od razu,że jesteśmy zdecydowani na inseminację. Byłam sama, pan dr nie badał mnie ( bo w sumie i po co, skoro tydzień temu miałam robione USG i wszystko było dobrze)... Lekarz spokojnie przeglądał naszą dokumentację medyczną- najpierw zaczął od wyników męża, potem przeszedł do moich; nagle mówi mi,że przyszłam do niego z gotową receptą i on nie ma już co robić, nie wiedziałam na początku o co mu chodzi, więc zaczął powoli wyjaśniać- było robione hsg?
,tak- odpowiedziałam: i to niejedno panie dr, a on mi odpowiedział: a po co tyle razy?
- nie wiem,nie jestem lekarzem..
- i laparoskopia była, a ona z tych wszystkich dokumentów jest najbardziej wiarygodna, więc po co resztę tych badań było wykonanych, skoro dostała już pani jasną i konkretną odpowiedź?
- ale panie dr, rok temu w hsg wyszła obustronna obustronna drożność,więc pani wykonująca ten zabieg przecież nie wyssała sobie tego z palca; łatwo jest napisać,że coś jest niedrożne, bo to nie sztuka,ale pisząc, że jajowody są drożne,to trzeba mieć jakieś podstawy do tego, panie dr, to badanie było wykonane dokładnie...
i nagle słyszę "kontratak":
- dobrze, skoro są drożne,to czy przez ten rok udało się pani zajść w ciążę? Skoro pani twierdzi, że owulację były, leki hormonalne pani brała itd.jest pani uparta,(jak osioł)....
Długo powstrzymywałam się od tego, aby nie wybuchnąć płaczem ( dobrze przecież wiedziałam, że diagnoza niedrożnych jajowodów wyszła kilka lat temu i nie jest to coś nowego, ale emocje były silniejsze ode mnie), ale w końcu łzy same zaczęły lecieć, próbowałam dyskutować z panem dr i mówić, że ja w dalszym ciągu miałam nadzieję, że łudziłam się,że się uda skoro wyszła obustronna drożność, ale on powiedział mi, że cudów nie ma i że jestem chyba jedyna pacjentka ( którą miał) która mimo że znała przyczynę niepłodności, traciła tyle lat na to, żeby się łudzić; w końcu mówię mu, że ja nie jestem lekarzem, a kiedy trafiłam do ostatniego mojego Pana dr,on dawał iskierkę nadziei na to, że coś może z tego być, nie przekreślał, a kiedy uzyskaliśmy w hsg obustronna drożność jeszcze bardziej " byliśmy" nakręceni; po laparoskopii 2 lata temu mówiono mi,że jedyną szansą na nasze własne dziecko jest in vitro-, ale tak jak dzisiaj powiedziałam to panu dr, to do mnie nie dotarło, mimo że wtedy i w sumie dzisiaj wylałam morze łez, słyszałam tylko to,co chciałam słyszeć i mówiłam,że udowodnię innym to, że uda mi się zajść w ciążę naturalnie,ale jak zwykle się z tym wszystkim przeliczyłam... Pan dr powiedział,że nie podejmuje się inseminacji w naszym przypadku ( podziękowałam mu za szczerośč i uczciwość)- powiedział, że nie będzie nas naciągał, chyba że bardzo tego chcę, ale on już dzisiaj wie,że nie przyniesie to żadnego rezultatu, bo pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć... Powtarzał i pokazywał w dokumentach, że przyczyną naszej niepłodności są niedrożne jajowody i że to się nie zmieni, że trzeba to przyjąć i zaakceptować; choć ciężko mi jest pogrzebać nadzieję, jak to mówią,ona umiera ostatnia- u mnie właśnie umarła dzisiaj... Byłam na prawdę bojowo nastawiona, myślałam, że przezwycięże ta francę- wróciłam do robienia moksy, ostatnio kupiłam plastry borowinowe,piłam zioła na zrosty, ale po dzisiejszej wizycie wszystko poszło automatycznie w odstawkę,nic się już nie liczy...
Dostaliśmy namiary na klinikę leczenia niepłodności, kiedy myślę o tym wszystkim,  łzy napływają mi do oczu, tak bardzo jestem rozdarta; bardzo to przeżywam- biję się z myślami i próbuje sobie odpowiedzieć na pytanie co dalej? Zauważyłam ,że dla mojego męża podjęcie decyzji związanej z naszą przyszłością przyszło od tak- postanowione i oczywiste, choć dla mnie nie jest to w ogóle oczywiste; czekam tylko na pytanie mojego męża- i gdzie w tym wszystkim jest Twój Bóg? Tyle się do niego modliłaś tymi różnymi modlitwami i co? Wiem, że jest w tym jakiś sens, zdaje sobie rowniez sprawę z tego, że nie jesteśmy jedynymi osobami,które są w takiej sytuacji... Trzeba podjąć właściwe kroki, a ja nie wiem co robić.... Kolejny raz przekonuje się na własnej skórze o tym,że życia nie da się zaplanować....

Komentarze

  1. Ale skąd ta rozpacz? Medycyna daje Wam realną szansę na dziecko, trzeba z niej korzystać. Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie to porażka z tego względu, że do tej pory niektórzy lekarze dawali mi jeszcze cień nadziei, szczególnie wtedy,jak zeszłoroczne hsg wyszło dobrze- nie wiem skąd się to wzięło i jak to jest możliwe,że w badaniu wyszła obustronna drożność- wczorajszy lekarz sprowadził mnie na ziemię i stanowczym głosem powiedział,że NIE MA szans na naturalne zajście w ciążę. Wiem,że medycyna daje inne mozliwosci, ale po 1 nie jestem do tego przekonana na 100% ( byłam kiedyś wielką przeciwniczką im vitro-, z różnych względów a przede wszystkim moralnych i religijnych) a po 2 nie każdego stać na takie coś, nie są to małe pieniądze,a ja nie zamierzam brać kredytu,bo nie daj Boże się nie uda - zostaniemy bez dziecka i z ogromnymi długami... Z 2 strony chyba coś jestem winna mężowi, bo skoro przeze mnie nie możemy mieć dzieci... Ja też bardzo bym chciała mieć swoje własne dziecko/ dzieci- na prawdę, no ale- zawsze jest to ale... Boje się także tego,że w przyszłości rodzina męża może mi to " wytknąć" palcem, a mąż może posunąć się do takich kroków,jak kiedyś,gdy po raz pierwszy dowiedział się,że nie mogę naturalnie zająć w ciążę... Mam łeb jak sklep,biję się z myślami i mam wrażenie,że zwariuję..

      Usuń
    2. Rozumiem Cię. Jeśli chodzi o etykę, to może warto się mocno zastanowić, dokładnie poczytać, bo tak naprawdę nie taki diabeł straszny. Ja też jestem wierząca i jestem pewna, że nie zrobiłam nic złego. Nie zgrzeszyłam, bo czy naprawdę grzechem jest pragnienie bycia mamą? I korzystanie z różnych możliwości, żeby to pragnienie spełnić? No nie. A kasa, to faktycznie jest problem. Trzeba się dowiedzieć, czy nie ma u Was badań klinicznych, w których moglibyście wziąć udział, czy in vitro nie jest u Was dofinansowane przez samorząd. Rodzina męża nie musi wiedzieć, jak Wasze dziecko zostało poczęte. To jest tylko i wyłącznie Wasza sprawa. I jeszcze jedno-nie jesteś nic winna mężowi. To nie jest Twoja wina. To w ogóle nie jest "wina". To jest choroba. Nie możesz robić niczego wbrew sobie, Twój mąż też nie. To musi być Wasza wspólna droga, czy in vitro, czy adopcja. Inaczej się nie da.

      Usuń
    3. Wiesz niby to wiem; też sobie mówię- co w tym jest złego,że tak bardzo chcielibyśmy zostać rodzicami własnego dziecka?! Fajnie,że są te metody,szkoda tylko, że nie wszędzie są dofinansowania- trochę to boli,bo co my możemy za to,że akurat nie mieszkamy tam,gdzie są dopłaty; mieszkamy w woj. Śląskim i niestety w naszej miejscowości nie ma dopłat...a szkoda,znów dyskryminacja...
      No wlasnie,tak jak mówisz,nie musimy się spowiadać wszystkim;
      Co do adopcji,to nie jest do końca przekonana do tego,czy mąż chciałby wziąć pod uwagę takie rozwiązanie, co do in vitro- to wiem,że jest bardzo na tak ( myślę,że jest to też nacisk ze strony jego rodziców)... Musimy podjąć jakąś konkretną decyzję ( choć bardzo nie lubię takich sytuacji- wyboru) oby okazały się słuszne i odpowiednie...

      Usuń
  2. Agatko to przykre, ale może czasem tak trzeba. Może ktoś musi powiedzieć nam prosto w oczy, że jest tak, a nie inaczej. Pozostaje tylko spokojnie porozmawiać z mężem. Powiedzieć o swoich przekonaniach, rozterkach i zadać pytanie, co robimy?
    Klinika niepłodności da Wam realne szanse, tak myślę, może właśnie in vitro. A może inna opcja, adopcja?
    Pójdźcie gdzieś z mężem w spokojne ulubione miejsce i szczerze porozmawiajacie. To najlepsza opcja. 😊 😘

    OdpowiedzUsuń
  3. To racja; brutalna prawda bez owijania w bawełnę i bez dawania złudnych nadziei; dotychczas,jak inny lekarz mówił, że nic nie jest stracone i dawał cień nadziei,to ja się tego łapałam, bo myślałam że tak będzie; co prawda 2 lata temu po laparoskopii lekarz też stanowczo powiedzial, że zostaje tylko in vitro, wtedy też to bardzo mocno przeżyłam,po prostu nie pogodziłam się z tą diagnozą, oszukiwałam i łudziłam się, byłam uparta (jak to ostatnio powiedział lekarz) i zdeterminowana...
    Oddałam ten problem św. Ricie i Matce Bożej- zaczęłam odmawiać Nowennę Pompejańska prosząc tym razem nie o dar, a o cud naturalnego poczęcia własnego, zdrowego dziecka, ta modlitwa dodała mi sił ( mimo że odmawiam ja dopiero kilka dni), modlę się za dwóch- za mnie i za męża... . Co dalej będzie, zobaczymy... "Jezu,Ty się tym zajmij"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję że się nie obrazisz, ale to Wszystko jest w Waszych rękach. Oczywiście, że modlitwa dla człowieka wierzącego jest ważna, ale nie oddawaj sprawy Panu Bogu, bo to Jego obarczysz winą za niepowodzenie. Teraz jest Wasz czas. Trzeba byka wziąć za rogi. Medycyna daje Wam narzędzia. O ile finanse pozwolą trzeba z nich korzystać. Albo właśnie adopcja. Dzieci są darem i są te, które już tu na ziemi czekają na rodziców. Więc modlitwa to jedno, ale to Wy w końcu z jasną diagnozą stańcie do walki.
      Ja też głęboko wierzyłam, że Wam się uda, wierzyłam w tą nadzieję, którą miałaś Ty, ale skoro realia są inne. To nie można się ich bać, tylko próbować przezwyciężyć. Powodzenia! 😊

      Usuń
  4. To ciężkie momenty i ciężkie decyzje, nie będę zaprzeczać, bo sama przez to przeszłam. Ale nie muszę chyba mówić co bym Ci doradziła, bo sama doskonale też wiesz na co my się zdecydowaliśmy. Namawiać do niczego też Cię nie będę, bo widzę, że masz pewne opory i swoje przemyślenia, a wiadomo że to musi być tylko i wyłącznie Wasza decyzja - świadoma, dobrowolna i przede wszystkimw 100% przemyślana. Chcę jednak powiedzieć dwie rzeczy: pierwsza to taka, że zgadzam się z Sesi, że powierzanie całkowicie takich spraw Bogu jesy zrozumiałe, ale oprócz tego trzeba działać. Ja powierzyłam sprawy Bogu, i gdybym czekała na jego działania to może miałabym dziś dziecko poczęte naturalnie, a może nadal czekałabym na cud.
    A druga rzecz to taka, że in vitro to nie jest nic złego, szczególnie pod kątem etycznym. Pomijam już fakt, że po to Pan Bóg dał człowiekowi możliwość rozwoju, aby rozwijał swoje talenty, zainteresowania, co przekłada się na naukę, technologię, itd.... Człowiek ma prawo być szczęśliwy i do tego szczęścia dążyć, jeżeli ma wolną wolę, a technika daje mu możliwości i narzędzia do spełniania pragnień to niech to robi. A z etyką to nie ma nic wspólnego, bo zarodki w in vitro nie są ani produkowane ani programowane ani niszczone ani zabijane. Ale to jest tylko moje zdanie i oczywiście każdy ma prawo podejmować własne decyzje według własnego sumienia. Trzymam za Was kciuki i życzę powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  5. To są cieżkie tematy i ciężkie decyzje. Ja nie będę Cię do niczego namawiać, bo sama wiesz jaką decyzję my podjęliśmy, jednak mimo wszystko chciałabym powiedzieć dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że zgadzam się z przedmówczyniami, in vitro to nie jest nic złego pod żadnym względem, a szczególnie tym etycznym. Pomijam już fakt, że po to Pan Bóg dał człowiekowi możliwość rozwoju swoich talentów i zainteresowań, aby się rozwijać, a co za tym idzie rozwija się również nauka i technologia... Człowiek ma wolną wolę i ma prawo z tego korzystać. Cóż w tym złego, że chcesz być mamą i pomagasz sobie w taki sposób? In vitro nie jest nieetyczne, bo zarodki nie są w żaden sposób produkowane, ani programowane ani niszczone czy zabijane. To jest wszystko co stworzyła natura tylko że rozwinięta medycyna po prostu w tym pomaga. Falt, to kosztuje. Nas też kosztowało i nie udało się za pierwszym razem, bo pierwszy zarodek straciłam, ale udało się za drugim. Znam osobę, której udało się za trzecim. I masz rację, że nigdy nie ma gwarancji. Ale zawsze jest szansa...
    A druga rzecz to taka, że dobrze jest powierzać swoje sprawy Panu Bogu, bo to pomaga, ale oprócz tego nie czekaj aż Pan Bóg znajdzie rozwiązanie i rozwiąże Twój problem. Ja też powierzyłam swoją sprawę Matce Bożej, i czekałam 4 lata. Dziś dziękuję jej każdego dnia, że mam córeczkę, jednak gdybym nic nie robiła to być może faktycznie miałabym dziś dziecko poczęte naturalnie, a być może nie miałabym go wcale. No ale to jest tylko moje zdanie, ja wiem że to wszystko trzeba sobie samemu przepracować i podjąć samemu decyzję, bo musi ona być świadoma w stu procentach. No i podjęta wg własnego sumienia. Trzymam za Was kciuki i życzę powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pojawiło się 2 razy to samo, bo nie zorientowałam się, że włączyłaś zatwierdzanie komemtarzy 😉

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Ku pokrzepieniu serc- " sposoby" na niedrożne jajowody

Jak było kiedyś, a jak jest teraz...

Bańka mydlana....