Koniec wakacyjnej przygody z tatrzańskimi szlakami...

Jak ten czas szybko leci, a już szczególnie na urlopie, miałam wcześniej coś napisać, ale się nie wyrobiłam...
Nasze wakacje dobiegły końca; wiadomo wszystko, co dobre szybko się kończy i tak było i tym razem... Trzeba przyznać, że pogoda nam dopisała, przez tydzień czasu, ktory spędziliśmy w Zakopanem, padało i zimno było tylko przez jeden dzień;
 łącznie ( pieszo i rowerem)  zrobiliśmy coś przeszło 80 km-  mięśnie dawały o sobie znać, ale nam to jakoś specjalnie nie przeszkadzało; była wycieczka na Halę Gąsienicową, Czarny i Zmarzły Staw- o tym pisałam w poprzednim poście; była również wycieczka -na Psią Trawkę, Rówień Waksmundzka, Gęsią Szyję, Rusinową Polanę i koniec wycieczki był na Wierchu Poroniec; kolejna wycieczka miała być na Kasprowy Wierch- mieliśmy wyjechać kolejką na górę i tam pochodzić, ale kiedy zobaczyliśmy ogromną kolejkę na 3-4 godzin stania, to zrezygnowaliśmy z niej, bo szkoda nam było czasu, potem zastanawialiśmy się czy nie wyjść na Kasprowy pieszo, ale jak policzyliśmy- wejście 3 godziny, zejście podobnie, to byśmy się nie nie wyrobili i nie zdążylibyśmy na obiadokolację, nie mówiąc już o tym, że moglibyśmy wracać po ciemku, ostatecznie wybraliśmy podejście na Halę Kondratową (tam nigdy jeszcze nie byliśmy) 


po zejściu wróciliśmy do hotelu na rowerach ( i dobrze, że nie pojechaliśmy tam autem, bo byłby problem z zaparkowaniem). Kolejne 2 dni odpoczywaliśmy od pieszych wędrówek- znaczy się w sobotę zrobiliśmy sobie rodzinną objazdówkę (łącznie zrobiliśmy więcej km niż mieliśmy z Zakopanego do domu, ale nie żałujemy), a niedziela była totalnie luzacka, bo pogoda nie pozwalała za bardzo na więcej- padało i było bardzo zimno- więc poszliśmy tylko do kościoła na mszę, a potem reszte dnia spędziliśmy w hotelu- nabieraliśmy sił na następną wędrówkę. A następna wędrówka była naszą ostatnią wyprawą podczas tych wczasów- zajęła nam ona coś przeszło 8 godzin, podczas gdy inne małżeństwo, które mieliśmy okazję poznać w naszym hotelu, zrobiło tą samą trasę w 12 godzin- dlatego też zdecydowaliśmy się na to żeby wcześniej wstać ( ja wstałam o 5, mąż o 5.30), podjechaliśmy samochodem na Palenicę Białczańską ( trzeba przyznać, że jak na tę porę było już dosyć dużo aut; parking drogi, bo aż 25 zł, ale cóż na tym właśnie korzystają, bo wiedzą, że ludzie zapłacą- podobno ten parking jest czynny całą dobę na wypadek, gdyby ktoś chciał na niego wjechać baardzo wcześniej); 
Na początku szliśmy drogą asfaltową, było dosyć zimno, ale nasze tempo było na tyle szybkie, że z każdą minutą robiło się tam coraz cieplej, gdy doszliśmy do Wodogrzmotów Mickiewicza, skręciliśmy w prawo w leśną drogę, którą podążaliśmy przez dłuższy czas, aż doszliśmy do Siklawy

- niestety nie mieliśmy fajnych widoków, gdyż wszystko zakrywała ogromna mgła, szliśmy dalej do Doliny Pięciu Stawów



, gdzie zrobiliśmy sobie 15-minutową przerwę i zjedliśmy śniadanko, po krótkim odpoczynku poszliśmy dalej 



na Szpiglasową Przełęcz i później na Szpiglasowy Wierch-








 momentami miałam trochę strachu- szlak biegł nad kilkoma mniejszymi lub większymi przepaściami oraz końcowe podejście było wyposażone w łańcuchy, ale dałam radę- na górze były momenty, że wszystko było zakryte mgłą i chmurami, ale mieliśmy trochę szczęścia, że i mgła i chmury się tak przesunęły, że mogliśmy podziwiać przepiękne widoki i porobic kilka pięknych zdjęć, spowrotem wracaliśmy inną drogą- szliśmy w stronę Morskiego Oka- trasa równie ciekawa, choć było mnóstwo kamieni, nawet mówiłam wtedy do męża, że teren ten wygląda,jak po wojnie kamieniowej albo jak na Lanzarote z tą różnicą, że tam był teren z zastygłą lawą, a tutaj na każdym kroku kamienie... Kiedy szliśmy nie odczuwaliśmy jako tako zmęczenia, ale kiedy na chwilę stanęliśmy, to odczucie było takie, jakby nogi chciały dalej iść- i dziwne i śmieszne uczucie hehe w końcu dotarliśmy nad Morskie Oko, gdzie było full ludzi- starsi, młodsi, dzieci w wózkach albo takie ledwo chodzące, chcieliśmy gdzieś śiąść i zjeść, ale nie było szans, gdyż wszystkie miejsca były pozajmowane, a tłok taki, że z ledwością można się było przecisnąć- wzięliśmy tylko pieczątkę do naszego zeszyciku i ruszyliśmy w dół w strone parkingu; po drodze mijaliśmy kilka dzieci, które darły się w niebogłosy, że nie dają rady iść dalej, że bolą ich nogi i dlaczego nie mogą jechać bryczką, ale w większości przypadków rodzice byli nieugięci, a tak apropos bryczek,to jak je mijaliśmy schodząc do auta,to robiło mi się żal tych koników, które widać było, że nie mają już sił, ich długie jęzory zwisały, a biedne koniki sapały i jeszcze dostawały baty- ale mi ich było żal i zaczęliśmy z mężem rozmawiać na temat tych, co to są wygodni i co się im nie chce iść spacerkiem po nogach, tylko męczą te biedne konie- rozumiem sytuację, w której ktoś jest chory, bądz np. dziecko,które opadło z sił i nie da rady już dalej iść- takie coś jest dla mnie usprawiedliwieniem, ale jechanie wozem dla wygody, to już jest lekka przesada, bo po co ktoś jedzie w góry skoro z lenistwa i wygody nie chce się mu ruszyć tyłka,tylko się wozi- może i górale chcą w jakiś sposób zmobilizować ludzi ( choć wiadomo jest to ich zarobek, a na turystach ciągną ile sie da), bo cena wyjazdu bryczką, to koszt rzędu 50 zł, a zjazdu 30 zł- podsłyszeliśmy,jak schodziliśmy i jeden pan zagadał woźnicę takiego wozu... Szkoda gadać...a potem ludzie narzekają, że są grubi, że otyłość, miażdżyca, choroby serca itp. i dziwią się z czego takie coś, a tak jeszcze mało osób dba o zdrowy styl życia,o ruch, spacery itp. jest to przykre, tym bardziej w dzisiejszych czasach....
Generalnie wszędzie było pełno ludzi- na szlakach, nie mówiąc już o centrum miasta- ale tam praktycznie byliśmy tylko raz czy 2 - nie chodziliśmy po sklepach, tylko akurat byliśmy tam przejazdem- przy okazji...

 Jeśli chodzi o tematy stricte staraniowe, to w sumie nic się nie zmieniło- dalej leki: clo i duphaston, dalej moksa i w miarę zdrowe odżywianie; kilka dni temu byłam na akupunkturze i pani po zmierzeniu pulsu powiedziała, że jest duża poprawa i znaczna różnica od tego czasu, jak byłam u niej po raz pierwszy; powiedziała, że wszystko idzie w dobrym kierunku i że zabiegi z moksy dają porządane rezultaty- te słowa mnie podbudowały,bo widzę, że te wszystkie moje działania nie idą na marne i nie jest to czas stracony.
Miałam iść na monitoring cyklu, ale jak dzwoniłam do mojego gina, to się okazało, że go nie ma i że dopiero będzie we wtorek, a wtedy to już będzie za późno, gdyż byłby to 16 dzień cyklu- już 2 cykle nie były monitorowane, tylko używałam testów owulacyjnych- były pozytywne, także wiem, że owu występuje- świadczą o tym jeszcze inne objawy, wcześniej,jak monitorowałam w szpitalu, to za każdym razem owu występowała...

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ku pokrzepieniu serc- " sposoby" na niedrożne jajowody

Bańka mydlana....

Dobre strony niepłodności...