To wszystko po coś się dzieje....




Tak kochani, wszystko jest po coś; nic nie dzieje się przypadkowo i nawet, gdy obecnie pewnych rzeczy nie rozumiemy, one mają swój głębszy sens... To nie zbieg okoliczności, że akurat koronawirus zaatakował nasz kraj w okresie Wielkiego Postu.... Wiem, że jest też takie przysłowie: "Jak trwoga, to do Boga" i doskonalę zdaję sobie sprawę, że niestety niektórzy tak do tego podchodzą, ale to właśnie teraz, kiedy można powiedzieć, że czas jakby się spowolnił i ludzie jakby troszkę zwolnili swoje tempo życia, jest czas na przemyślenie wielu kwestii, na poświęcenie Panu Bogu więcej czasu, na zastanowienie się nad sensem swojego życia. Obserwując bieżącą sytuację, widzę że większość ludzi poważnie podeszło do tematu- wyludnione miasta, sklepy, galerie, kościoły świecące pustkami- a jednak w obliczu tak poważnego i potężnego problemu ludzie potrafią się zdyscyplinować i to się bardzo chwali; podoba mi się taka odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale także za innych; choć zdarzają się przypadki ludzkiej bezmyślności i głupoty, jak choćby wyjazd do Zakopanego na narty kilku osób, czy urządzanie dyskoteki, bo ktoś już wcześniej zarezerwował i opłacił "stolik"- czy aż tak bardzo, w obliczu panującej pandemii liczą się pieniądze? czy ludzkie zdrowie, czy nawet życie nie powinno być ważniejsze?! w sumie nie muszę daleko szukać i może, aż nie wypada o tym mówić, ale czasem mam wrażenie, że mój mąż jest nieodpowiedzialny- i wierzcie mi- nie da się mu przegadać- ma możliwość pracy zdalnej- ma laptopa służbowego, na którym śmiało mógłby pracować w domu (wiele ludzi z jego firmy, ba nawet z jego biura pracuje właśnie zdalnie i nikt nie robi im problemów), ale nie- twierdzi, że bez niego firma "klęknie", że musi chodzić do pracy- a ja się pytam, czy kiedy zachoruje (bo różnie może być), to czy firma będzie się nim przejmowała? ja znam już dzisiaj odpowiedz i brzmi ona :"NIE"; dla mnie zachowanie takich ludzi jest bardzo nieodpowiedzialne i wiem, jest to mój mąż i w sumie nie powinnam tak mówić, ale cholernie mnie to wkurza, bo po 1- do męża w ogóle nie dociera to, co ja do niego mówię;  po 2- mieszkamy z moimi rodzicami, którzy są w grupie ryzyka (wiek, choroby..), po 3- sami mamy zmniejszoną odporność, gdyż ostatnio byliśmy chorzy; ja dodatkowo przez moje problemy z krwią też jestem poniekąd w grupie ryzyka- niezbyt dobrze przechodzę przez różne choroby; mało tego, trafiłam ostatnio do szpitala na ginekologię- był to "prezent" na dzień kobiet- a wszystko przez dziwny okres- w jednym czasie nałożyła się @ i początki zapalenia gardła/ grypa; podczas @, która trwała dziwnie długo ( bo aż 6 dni) miałam chyba z 3 razy silne krwotoki, które nie pozwalały mi dosłownie zejść z ubikacji- kiedy stało się tak za 3 razem i czułam się już dosyć mocno zanemizowana, obudziłam w nocy męża i pojechaliśmy na pogotowie, gdzie dyżurująca pani doktor widząc, w jakim jestem stanie od razu wypisała skierowanie do szpitala, gdzie musiałam zostać na kilka dni; tam dostałam zastrzyk, tabletkę na zmniejszenie krwawienia i od razu pobrano mi krew do badania- wyniki nie były za ciekawe - dostawałam zastrzyki, tabletki, żelazo, raz podali mi kroplówkę i powoli dochodziłam do siebie; kiedy spytałam pana dr co może być przyczyną tego dziwnego okresu, stwierdził, że wygląda mu to na zaburzenia hormonalne ( hm, nie wiem, nie jestem lekarzem, ale jak miałam badane hormony, to wszystko było w porządku, nawet kiedyś endokrynolog pow., że moje hormony są książkowe), przypuszczam, że taki stan rzeczy związany może być z moim pobytem sanatoryjnym- (ale o tym nie mówiłam w szpitalu, bo znając życie zaczęli by drążyć temat związany z niepłodnością, a ja przecież zostałam tam przyjęta z innym problemem- krwotokiem); kiedy wychodziłam ze szpitala i miałam robione usg przez Panią ordynator oddziału, stwierdziła, że jej to wygląda na polipy i że trzeba będzie zrobić histeroskopię, którą już kiedyś miałam robioną i wyszły wtedy polipy, które zostały usunięte, ale po jakimś czasie się odnawiają. 
W szpitalu trafiłam na salę, w której leżała moja koleżanka, z którą dawno się nie widziałam i nie rozmawiałam. Okazało się, że jest w 5 ciąży i dostała jakichś plamień. Poruszyłyśmy różne tematy, opowiedziałam jej również pokrótce historię o naszej niepłodnościowej drodze; ona i w sumie jej rodzina są bardzo wierzący, także można powiedzieć, że przeprowadzała taką małą "ewangelizację" i powiedziała, że po 1 mam oddać całkowicie tą sprawę Maryji, Jej Synowi, że mam nie przestawać się modlić, a po 2 że mam się umówić do takiej pani dr, która odpowiednim żywieniem potrafi zdziałać "cuda" i wielu ludziom z różnymi problemami już pomogła...  I wtedy uświadomiłam sobie, że to, że trafiłam do szpitala i to właśnie wtedy, to nie był przypadek, że myśmy się miały spotkać, a że w takich, a nie innych okolicznościach, to już swoją drogą, bo to tez miało znaczenie... Opuszczałyśmy szpital tego samego dnia i kiedy wychodziłyśmy, moja koleżanka przy pożegnaniu dała mi do ręki swój różaniec, jako prezent i powiedziała żeby się na nim modlić, bo ona wymodliła na nim wiele rzeczy, omodliła na nim wiele spraw, które dobrze się skończyły, a jeszcze wcześniej mi powiedziała, że wierzy w to, że doczekamy się w końcu naszego dziecka, że Pan Bóg nam pobłogosławi, ale widocznie to jeszcze nie był ten czas, a On wie, kiedy takowy ma nastąpić...  
Po wyjściu ze szpitala, umówiłam się na wizytę do ginekologa żeby podjąć dalsze działania, lecz ze względu na sytuację w kraju i za granicą, do wizyty nie doszło, ale udało mi się być u tej pani dr, o której mówiła mi koleżanka- wprowadziła kilka zmian żywieniowych- kazała m.in. zaprzestać picia wszelkich wód mineralnych z plastikowych butelek, które maja oznaczenia w trójkącie z cyfrą 1 (kupiliśmy filtr do wody i wlewamy tam wodę z kranu, filtrujemy ją i potem pijemy ze szczypta soli himalajskiej); powiedziała żeby pod żadnym pozorem nie pić przetworzonego mleka- a już na pewno nie jakiegoś np. bez laktozy itp.; jeść dużo tłuszczów, a mało węglowodanów; także już niektóre zmiany żywieniowe wprowadziłam w nasze życie; zleciła jeszcze wykonanie niektórych badań, ale ze względu na panującą sytuację, muszę się na razie wstrzymać; jest to jakiś kolejny krok- nie nastawiam się na jakiś happy end z fajerwerkami, ale stwierdziłam, że może jeszcze czegoś takiego spróbować, bo w sumie nie kosztuje mnie to jakiegoś dużego wysiłku, a może metodą małych kroczków uda się nam dojść do "pełni" zdrowia.....

Komentarze

  1. Hej, też uważam,że w życiu nie ma przypadków, są tylko znaki czasu..

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty z tego bloga

Ku pokrzepieniu serc- " sposoby" na niedrożne jajowody

Płacz, smutek, żal... Gorzki smak porażki..

Dla tych, co by chcieli wiedzieć co u nas...